Niby powinnam się cieszyć, ale...
...mam zawalony weekend. Sobota-niedziela do szkoły i to jeszcze z samego rana, a do tego prawdopodobnie stanie na studniówce. Muszę się tylko dodzwonić do gościa i zapytać czy mam przyjść, bo w zeszły weekend mnie nie było. Mam nadzieję, że mnie nie skreślił. Najwyżej zamiast do północy to zostanę do czwartej... Jak ja na następny dzień zdam egzamin? Mam nadzieję, że go nie prześpię!
W pracy było ciekawie. Szefowa się spięła i przyleciała przed czasem, wyfiokowana i uśmiechnięta od ucha do ucha. Szok. Dlaczego? Przyszedł mąż babki, o której jeszcze w grudniu zapomniała i się z nią pokłóciła. Nastrój był dosłownie przedświąteczny, a ja wraz ze sprzątaczką knułyśmy za zamkniętymi drzwiami o tym ile można wygrać w totka i co z tym zrobić, bo facet miał masaż relaksacyjny i musiał być odpowiedni nastrój. Konspiracyjnie umówiłyśmy się przed pracą we wtorek do bukmachera, bo okazało się, że obie jesteśmy hazardzistkami i dawno nie obstawiałyśmy meczy. Postanowiłam przyjąć taktykę, że wrogów powinno się trzymać jeszcze bliżej jak przyjaciół. Z resztą w pracy nie mam większego wyboru. Chcę spędzić w spokoju resztę stażu.
W promocji w Rossmannie kupiłam sobie nowy krem do twarzy. Poprzedni wypierdziałam z opakowania dziś rano. Szykuje się więc recenzja, a nawet kilka w najbliższym czasie. Będzie więc kosmetycznie i bardziej po babsku ;-)
Trzeba się szanować. Ale ja nie oceniam.
OdpowiedzUsuń