Powiem Wam pewną bardzo mądrą rzecz: praktycznie nigdy nie ma sensu czegokolwiek odkładać...
...a niestety myśmy odkładali rozmrażanie lodówki na później i później, dlatego też wczorajszy telefon od właściciela mieszkania jest nam wybitnie nie na rękę. Koleś zadzwonił i oznajmił, że zabiera naszą lodówkę, bo jest mu potrzebna większa, a w zamian da nam mniejszą. Potem się okazało, że właściciel mówił o tym rozmrażaniu wcześniej, ale mój Mąż o tym zapomniał... W każdym razie ja tą lodówką chciałam zająć się już dawno temu, najlepiej zimą, bo wtedy mogłabym skorzystać z balkonu i mrozu na zewnątrz, ale jakoś tak wyszło, że nigdy nie miałam czasu, albo mi się po prostu nie chciało. Teraz, gdy w zamrażalniku jest sporo lodu, muszę pilnować, żeby mi kuchni nie zalało, a poza tym muszę posprzątać za lodówką, gdzie jest masa kurzu i kociej sierści. No zajmie mi to trochę i na miasto wybiorę się dopiero jutro...
Nie pamiętam czy wspominałam, ale w tym roku czeka nas przeprowadzka. Kwestia tylko kiedy i dokąd, bo jeśli znajdę pracę, to przeniesiemy się kawałek dalej, do drugiego mieszkania kolesia, który wynajmuje nam obecne. A jeśli nie znajdę pracy... no cóż, wówczas nie będzie nas stać na opłacenie czynszu i skończy się to prawdopodobnie tak, że ja wrócę do swojej matki, a Mąż do swojej. No chyba, że w tym czasie moja siostra wyprowadzi się z domu, to wynajmiemy sobie pokój u mojej mamy. Tyściowa, możecie mi wierzyć, jest koszmarną współlokatorką. Chociaż może powinnam powiedzieć gospodynią, jeśli się u niej mieszka. U niej płacenie rachunku za prąd, nawet całego, wcale nie równa się z tym, że można sobie tego prądu używać ile się chce. Bo to jest jej prąd i potrafi wyłączyć korki. Ogólnie rzecz biorąc, to jak się u niej mieszka, trzeba robić to, co ona każe. Tak więc wolę trzy razy dziennie wychodzić z psem mojej mamy, niż znosić humory tyściowej.
Niestety, ale jeśli nie będziemy mogli z Mężem wynająć mieszkania, bo nie będzie nas na to stać, to przed przeprowadzką będziemy musieli pozbyć się kota. Moja mama ma psa, a tyściowa kotów nie znosi. Niby coś tam ostatnio jęczała, że chciałaby go od nas "pożyczyć" na weekend, ale dla niej zwierzę, jakiekolwiek by nie było, to i tak zwykły kaprys, bo z jednej strony chciałaby mieć, a z drugiej jak jej ktoś coś proponuje, to od razu, że nie będzie miała czasu na zajmowanie się. Tak było ostatnio z psem (i to kilka razy), którego ostatecznie nie wzięła i całe szczęście, bo potem pewnie musielibyśmy szukać mu nowego domu, albo sami się nim zajmować.
Także nie jest za ciekawie.
Swoją drogą, co myślicie o pracy w ręcznej myjni samochodowej? Właśnie znalazłam ofertę...
Przecież zwierzę to nie zachcianka. Mało tego, że od chuja z nim problemów to jeszcze obowiązek. Zwierz sam se nie weźmie i nie zrobi. A pozbyć się wcale tak łatwo nie jest. Wiem, bo niestety musiałem kiedyś oddać futrzaka. Nawet z zasraną rybką jest problem.
OdpowiedzUsuńTo prawda, ale tyściowej się nudzi. Jest sama. Wymyśla. Całe szczęście, że się ostatecznie zawsze rozmyśla, bo sobie uświadamia, że będzie się musiała zajmować, inaczej byłoby naprawdę nieciekawie.
UsuńTeściową to masz ciekawą ;)
OdpowiedzUsuńNie zazdroszczę ;)
UsuńMogłabym o niej książkę napisać xD
Usuń