...w środę miałam zapierdziel i to taki, że mi omal nogi w dupę nie wlazły.
W czwartek miał być audyt, więc zamiast w środę na noc, kazano nam przyjść w dzień i wszystko posprzątać. Pierwszy raz na czymś takim byłam i nie dość, że się nazasuwałam jak głupia, to jeszcze musiałam słuchać mądrości i pouczania innych.
Zaczęło się od tego, że w ogóle nikt nam nowym nie chciał powiedzieć co mamy dokładnie robić. A chyba logiczne jest, że tego nie wiemy, jak robimy coś takiego pierwszy raz. Sprzątać, ale co konkretnie? Stare wyjadaczki od razu pozajmowały sobie maszyny, a dla nas prawie nic nie zostało. Ostatecznie wpadłyśmy na pomysł i podpięłyśmy się pod dziewczyny, które już coś robiły, żeby nie było, że nie robimy nic.
Z początku działało...
Potem A. powiedziała mi, żebym zabrała się za mycie pudełek. Kwestia była tylko jak je myć, bo ona twierdziła, że z każdej strony, a jej koleżanka, że tylko z wierzchu wystarczy, bo tego i tak nikt nie będzie oglądał. Następnie przyleciała E. i stwierdziła, że pudełka źle stoją i żeby je poodwracać. Jak się tylko zabrałam za odwracanie, to przyleciała inna dziewczyna i powiedziała, żebym tych pudełek nie odwracała, bo to są ich pudełka i one je sobie zaraz same poodwracają. No to je zostawiłam, to znów przyleciała E. i pyta o to, dlaczego nie poodwracałam. Powiedziałam co i jak, że mi dziewczyny nie kazały odwracać. To ta tylko na mnie spojrzała, jak piorun na żabę, zawołała sobie koleżankę i najzwyczajniej w świecie te pudełka poodwracały... Nawet nie jestem w stanie określić jak się wtedy poczułam.
Następnie poszłam myć podłogę.
I., której nikt u nas chyba nie znosi, bo bez przerwy ma o coś jakieś pretensje i kręci afery, kazała mi umyć fragment podłogi, a potem mnie opierdzieliła, że go myję, bo tam przecież wszyscy chodzą. Wyczaiłam sobie jednak koleżankę, która zamiatała podłogę pomiędzy maszynami i poszłam, żeby myć tam. Z początku było ok, ale I., musiała przyleźć i zaczęła myć podłogę za moimi plecami, a przecież wyraźnie widziała, że tylko tędy można spomiędzy tych maszyn wyjść. Od razu do mnie z mordą, że jej teraz świeżo umytą podłogę zadepczę. Mówię jej więc, że jak zadepczę, to umyję, a ta, że nie, bo ona umyła i po co teraz drugi raz myć to samo. Na szczęście przyszła starsza koleżanka i powiedziała, żeby podłóg nie myć w ogóle, bo wszyscy wszędzie chodzą i zabrudzą i tak.
Zaraz po tym przyszła A. i zawołała mnie do pomocy przy myciu pudełek. Ona miała myć, a ja dezynfekować. Po zdezynfekowaniu 3 pudełek skończył się nam spirytus. Próbowałam pożyczyć go od dziewczyn, które również dezynfekowały pudełka, ale nie chciały dać, bo to jest ich spirytus...
Szybko wzięłam się w garść i poszłam na górę do pani D., która mi spirytus dała. Wróciłam i zabrałam się za dezynfekcję. Po dwóch pudełkach przyleciała babka i mówi, żeby nie ustawiać tych pudełek na wózkach, tylko na paletach. Poprzekładałyśmy je wobec tego na paletę i zdążyłam zdezynfekować kolejne dwa pudełka, kiedy to przyleciał koleś i kazał nam to natychmiast zabierać, bo on maszyną nie wjedzie... A. się wnerwiła. Zapytała się jakiejś dziewczyny gdzie powinnyśmy te pudełka odstawić, żeby nie przeszkadzały, a ta, że gówno ją to obchodzi. Postawiłyśmy więc tam, gdzie myślałyśmy, że nie będą przeszkadzać i przeniosłyśmy się sprzątać maszyny.
Było nas cztery i z początku szło nam sprawnie, ale znów przyleciał koleżka od wózka widłowego i kazał nam przesuwać pudełka, bo się nie zmieści. Wywiozłyśmy je z hali produkcyjnej, żeby już nikomu nie przeszkadzały i wróciłyśmy do sprzątania. Po jakimś czasie A. poprosiła mnie o zdezynfekowanie fragmentu maszyny i okazało się, że jak poszłyśmy z pudełkami, to ktoś nam podpierdzielił spirytus. Szybko namierzyłam kto go wziął i poprosiłam o niego. Nie, bo to jest kurwa ich spirytus i jest im potrzebny. Tłumaczę, że sama ten spirytus przyniosłam, bo nam też jest potrzebny. A no to sobie przynieś drugi. No i poszłam, ale niestety spirytusu już nie było.
Za to wpadłam po drodze na I., która ni z gruchy ni z pietruchy do mnie, żebym jej miskę z wodą przyniosła. Pytam się po co? A ta, że jej będzie potrzebna. Przyniosłam jej tę miskę z wodą, to ta do mnie z mordą, bo gdzie jest płyn? Bo jak ona będzie pudełka myć? Zwracam uwagę, że nie mówiła o żadnych pudełkach jak pytałam, a ta, że właśnie mówiła i już szykuje się do darcia japy. Poszłam i przyniosłam jej tę wodę z płynem i się wreszcie odpierdoliła ode mnie. Wchodząc na halę zapytałam jeszcze G. czy ma może spirytus, a ta zamiast mi odpowiedzieć to z ryjem, że stoję i się opierdalam, a tu się pracuje. Zignorowałam to i pytam, czy ma spirytus, bo jest mi potrzebny, a ta dalej, żebym się nie opierdalała (słowo klucz). Machnęłam ręką. Co sobie pomyślałam, to pomyślałam, ale postanowiłam olewać wszystkich jak oni mnie i zamiast spirytusu użyłam zwykłego płynu do mycia szyb - bez alkoholu.
Niestety wkrótce potem jedna z koleżanek poszła do domu, druga na przerwę, a A., poszła czyścić maszynę, którą przywieźli faceci. Myślicie, że miałam spokój? W pobliżu postawiłam sobie wiadro z wodą i płynem, w jedną rękę wzięłam szmatkę, a w drugą inną szmatkę i płyn do szyb, żeby było sprawniej i żebym nie latała. To przylazła G. i już ją interesuje, dlaczego sama tu jestem, gdzie poszły inne dziewczyny i oczywiście, dlaczego stoję, nic nie robię i co? I się opierdalam!! Mówię, że sprzątam, a ta, że nie, ja nic nie robię. Więc się do kretynki odwróciłam dupą i se do dupy gadaj. Chyba zrozumiała o co chodzi, bo od razu sobie poszła.
Jeszcze około godziny szesnastej zawołała mnie A., żeby mi pokazać jak się czyści maszynę, którą ona czyściła, bo zaraz miała iść do domu. Przylazła E. i od razu, że dlaczego stoję i nic nie robię? Przeze mnie robota się opóźnia. Żebym przestała gadać i się opierdalać... Tłumaczę jej, że słucham instrukcji czyszczenia maszyny, bo koleżanka zaraz do domu idzie i ktoś ją musi zmienić. A ta dalej swoje. No głuche to wszystko i durne jak Edka pies. Wreszcie się A. wnerwiła, bo jej tamta przeszkadzała i się rozdarła, że jest chyba jakaś głucha i wywrzeszczała jej, że instrukcji mi udziela, to tamta tylko wybałuszyła oczy i się zamknęła.
Z nowej pozycji mogłam spokojnie poobserwować jak moje mądralińskie koleżaneczki sprzątają. We trzy jedną maszynę robiły, to tyle samo czasu im to zajęło jakbym ja to robiła sama. Wcale im się nie spieszyło i nie było problemu jak G. przylazła, wzięła się pod boki i zaczęła chichrać. I kto tu się do cholery jasnej opierdala?!
Nawet sobie nie wyobrażacie jak miałam dość tego dnia i jak się cieszyłam, że wreszcie stamtąd wyszłam i czekały mnie aż dwa dni wolnego! Już pal licho, że popuchły mi stopy... Nie musiałam więcej znosić i użerać się z chamidłem.
Następnie poszłam myć podłogę.
I., której nikt u nas chyba nie znosi, bo bez przerwy ma o coś jakieś pretensje i kręci afery, kazała mi umyć fragment podłogi, a potem mnie opierdzieliła, że go myję, bo tam przecież wszyscy chodzą. Wyczaiłam sobie jednak koleżankę, która zamiatała podłogę pomiędzy maszynami i poszłam, żeby myć tam. Z początku było ok, ale I., musiała przyleźć i zaczęła myć podłogę za moimi plecami, a przecież wyraźnie widziała, że tylko tędy można spomiędzy tych maszyn wyjść. Od razu do mnie z mordą, że jej teraz świeżo umytą podłogę zadepczę. Mówię jej więc, że jak zadepczę, to umyję, a ta, że nie, bo ona umyła i po co teraz drugi raz myć to samo. Na szczęście przyszła starsza koleżanka i powiedziała, żeby podłóg nie myć w ogóle, bo wszyscy wszędzie chodzą i zabrudzą i tak.
Zaraz po tym przyszła A. i zawołała mnie do pomocy przy myciu pudełek. Ona miała myć, a ja dezynfekować. Po zdezynfekowaniu 3 pudełek skończył się nam spirytus. Próbowałam pożyczyć go od dziewczyn, które również dezynfekowały pudełka, ale nie chciały dać, bo to jest ich spirytus...
Szybko wzięłam się w garść i poszłam na górę do pani D., która mi spirytus dała. Wróciłam i zabrałam się za dezynfekcję. Po dwóch pudełkach przyleciała babka i mówi, żeby nie ustawiać tych pudełek na wózkach, tylko na paletach. Poprzekładałyśmy je wobec tego na paletę i zdążyłam zdezynfekować kolejne dwa pudełka, kiedy to przyleciał koleś i kazał nam to natychmiast zabierać, bo on maszyną nie wjedzie... A. się wnerwiła. Zapytała się jakiejś dziewczyny gdzie powinnyśmy te pudełka odstawić, żeby nie przeszkadzały, a ta, że gówno ją to obchodzi. Postawiłyśmy więc tam, gdzie myślałyśmy, że nie będą przeszkadzać i przeniosłyśmy się sprzątać maszyny.
Było nas cztery i z początku szło nam sprawnie, ale znów przyleciał koleżka od wózka widłowego i kazał nam przesuwać pudełka, bo się nie zmieści. Wywiozłyśmy je z hali produkcyjnej, żeby już nikomu nie przeszkadzały i wróciłyśmy do sprzątania. Po jakimś czasie A. poprosiła mnie o zdezynfekowanie fragmentu maszyny i okazało się, że jak poszłyśmy z pudełkami, to ktoś nam podpierdzielił spirytus. Szybko namierzyłam kto go wziął i poprosiłam o niego. Nie, bo to jest kurwa ich spirytus i jest im potrzebny. Tłumaczę, że sama ten spirytus przyniosłam, bo nam też jest potrzebny. A no to sobie przynieś drugi. No i poszłam, ale niestety spirytusu już nie było.
Za to wpadłam po drodze na I., która ni z gruchy ni z pietruchy do mnie, żebym jej miskę z wodą przyniosła. Pytam się po co? A ta, że jej będzie potrzebna. Przyniosłam jej tę miskę z wodą, to ta do mnie z mordą, bo gdzie jest płyn? Bo jak ona będzie pudełka myć? Zwracam uwagę, że nie mówiła o żadnych pudełkach jak pytałam, a ta, że właśnie mówiła i już szykuje się do darcia japy. Poszłam i przyniosłam jej tę wodę z płynem i się wreszcie odpierdoliła ode mnie. Wchodząc na halę zapytałam jeszcze G. czy ma może spirytus, a ta zamiast mi odpowiedzieć to z ryjem, że stoję i się opierdalam, a tu się pracuje. Zignorowałam to i pytam, czy ma spirytus, bo jest mi potrzebny, a ta dalej, żebym się nie opierdalała (słowo klucz). Machnęłam ręką. Co sobie pomyślałam, to pomyślałam, ale postanowiłam olewać wszystkich jak oni mnie i zamiast spirytusu użyłam zwykłego płynu do mycia szyb - bez alkoholu.
Niestety wkrótce potem jedna z koleżanek poszła do domu, druga na przerwę, a A., poszła czyścić maszynę, którą przywieźli faceci. Myślicie, że miałam spokój? W pobliżu postawiłam sobie wiadro z wodą i płynem, w jedną rękę wzięłam szmatkę, a w drugą inną szmatkę i płyn do szyb, żeby było sprawniej i żebym nie latała. To przylazła G. i już ją interesuje, dlaczego sama tu jestem, gdzie poszły inne dziewczyny i oczywiście, dlaczego stoję, nic nie robię i co? I się opierdalam!! Mówię, że sprzątam, a ta, że nie, ja nic nie robię. Więc się do kretynki odwróciłam dupą i se do dupy gadaj. Chyba zrozumiała o co chodzi, bo od razu sobie poszła.
Jeszcze około godziny szesnastej zawołała mnie A., żeby mi pokazać jak się czyści maszynę, którą ona czyściła, bo zaraz miała iść do domu. Przylazła E. i od razu, że dlaczego stoję i nic nie robię? Przeze mnie robota się opóźnia. Żebym przestała gadać i się opierdalać... Tłumaczę jej, że słucham instrukcji czyszczenia maszyny, bo koleżanka zaraz do domu idzie i ktoś ją musi zmienić. A ta dalej swoje. No głuche to wszystko i durne jak Edka pies. Wreszcie się A. wnerwiła, bo jej tamta przeszkadzała i się rozdarła, że jest chyba jakaś głucha i wywrzeszczała jej, że instrukcji mi udziela, to tamta tylko wybałuszyła oczy i się zamknęła.
Z nowej pozycji mogłam spokojnie poobserwować jak moje mądralińskie koleżaneczki sprzątają. We trzy jedną maszynę robiły, to tyle samo czasu im to zajęło jakbym ja to robiła sama. Wcale im się nie spieszyło i nie było problemu jak G. przylazła, wzięła się pod boki i zaczęła chichrać. I kto tu się do cholery jasnej opierdala?!
Nawet sobie nie wyobrażacie jak miałam dość tego dnia i jak się cieszyłam, że wreszcie stamtąd wyszłam i czekały mnie aż dwa dni wolnego! Już pal licho, że popuchły mi stopy... Nie musiałam więcej znosić i użerać się z chamidłem.
strasznie nie lubię chamskich ludzi. Wkurzają mnie niesamowicie
OdpowiedzUsuńJa to w pewnej chwili miałam ochotę wyjść do domu...
Usuń