Miałam dzisiaj napisać recenzję, ale calutki dzień miałam zalatany. Nawet nie miałam okazji zjeść. Dopiero teraz wróciłam do domu i odpaliłam kompa... pora się trochę odmóżdżyć!
Poszłam dziś na drugie spotkanie z doradcą pracy i dowiedziałam się bardzo ważnej, aczkolwiek nieprzyjemnej rzeczy: wypłatę dostanę dopiero pod koniec marca... Ponoć wysyłane były jakieś smsy informacyjne, ale ja niczego takiego nie dostałam. Dobrze, że podczas rozmowy ten temat wyszedł jakoś tak sam z siebie i się dowiedziałam. To mnie, jednym słowem, załatwili. Już nie zamierzam zagłębiać się w szczegóły w jaki sposób, ale załatwili.
Tak w ogóle, to nie lubię sytuacji, w których ktoś o mnie zapomina, a spotyka mnie to coraz częściej. Nie dość, że muszę za wszystkim latać, o wszystko prosić, o wszystkim wiedzieć, to ktoś mi jeszcze łaskę robi, że zapamięta moją prośbę... A co ja jestem przezroczysta?
Ta cała firma od projektu i w ogóle wszystko co z tym związane, tak mi już dało popalić, że rusza mi nerw na samo słowo "kurs".
Jaki był tego początek? Proszę bardzo!
Pod koniec czerwca (2018) zapisałam się na kurs biurowy, który miał się zacząć lada dzień... Tymczasem dopiero pod koniec lipca dostałam telefon, że spotkania zaczynają się w sierpniu. Do połowy sierpnia spotkania były, aczkolwiek nie był to kurs, tylko jakieś zajęcia poprzedzające właściwie szkolenie. Jakiś psycholog, prawnik, doradca pracy i zajęcia przygotowujące nas do pracy w grupie. A potem się urwało i przez następne dwa tygodnie nie działo się nic. Ostatnie trzy spotkania przełożyli nam na wrzesień, a cały kurs zaczął się dopiero w październiku! O tym, że zajęcia w ogóle się zaczynają dowiedziałam się przypadkiem, gdy przyniosłam bilety potrzebne mi do zwrotu za przejazdy. Dobrze, że zapytałam, bo na następny dzień bym po prostu nie przyszła.
Na całe szczęście, jak już się kurs zaczął, to go nie przerywali. Dostawaliśmy obiady i zajęcia też były prowadzone w ciekawy sposób. Niektórych rzeczy się nauczyłam, a inne sobie przypomniałam. Niestety pojawił się problem z wypłatą pieniędzy za kurs. Już nie pamiętam ile dat nam podawali i obiecywali, że dostaniemy pieniądze. Wpłynęły dopiero 11 grudnia. Dzień wcześniej była awaria w banku...
Poza tym był także problem ze zwrotem kosztów dojazdów.
Najpierw dostaliśmy informację, że mamy przynieść bilety z jednego dnia, w którym odbywały się spotkania w sierpniu. Po kilku dniach pojawił się problem, bo inteligentna baba nie raczyła wspomnieć o tym, że mają się zgadzać godziny na bilecie. Przynieśliśmy bilety jeszcze raz, godzina się zgadzała, ale niestety zwrot był tylko za sześć pierwszych spotkań i znów nam tego nie przyjęła... 35 zł przepadło. Zwrot dostali tylko ci, co dojeżdżali własnymi samochodami.
Następnie trzeba było złożyć bilety w październiku (w trakcie trwania kursu). Tym razem 100 zł zwrotu miało być. Godzina się zgadzała, ale adres nie. Durna baba się uparła, że adres ma być taki sam, jak adres miejsca gdzie odbywa się kurs, bo ona tego nie przyjmie. Tępa dzida nie dała sobie przetłumaczyć, że na tej ulicy przystanku nie ma. Powiedziała, że biletów nie przyjmie i koniec. No to się postaraliśmy o adres na papierku taki jak jej odpowiadał. Nagle się godzina na biletach przestała zgadzać... Okazało się, że oni w firmie mieli inne godziny naszych zajęć w grafiku i trzeba było napisać wyjaśnienie, że tego dnia kasowniki nie były przestawione... Potem dostaliśmy nowe dokumenty do podpisania, gdyż na poprzednich nie zgadzała się data... A potem był kolejny problem, ponieważ poszłam w inne miejsce te dokumenty podbić (tępa krowa nie rozumiała jak ją prosiłam, żeby mi daty nie wpisywała - zrobiła to dwukrotnie!) i druga babka mi powiedziała, że nie podbije mi świstka, bo nie zgadza jej się adres - PONIEWAŻ NA TEJ ULICY NIE MA PRZYSTANKU. Poprawiłam, to znów z firmą był problem, że im się adres nie zgadza. Tak samo jak nie zgadzał im się adres, gdy odbywałam staż, bo miejsce pracy jest na takiej ulicy, a przystanek na takiej i księgowa tego nie przyjmie... tym razem pewnie koło nosa przejdzie mi 300 zł. Tylko co ja zrobię jak kobieta w biurze nie chce mi podpisać dokumentu niezgodnego z prawdą?
Paranoja jakaś!!
Ze stażami też był cyrk. Wszyscy sobie specjalnie jeszcze w trakcie trwania kursu szukali miejsca pracy, to nam taką umowę skonstruowali, że ponad połowa nie mogła pójść na staż tam gdzie chciała. Pisaliśmy petycję o zmianę umowy. Oficjalnie ją zmienili, ale jeśli ktoś miał stary egzemplarz i porównał, to była to identyczna umowa jak poprzednio. Tylko troszkę inaczej napisana dla niepoznaki. Kilka osób złożyło rezygnację z tego powodu. Baba w firmie urządziła scenę, że ona tych rezygnacji nie przyjmie. Dwukrotnie babka z biura prosiła w moim imieniu o to, by ta krowa skontaktowała się z archiwum, ponieważ chcę tam odbyć staż. Za trzecim razem zadzwoniłam sama, ale dostałam ten sam kit, że już wszystko załatwione i mam iść zanieść umowę i wyniki badań. Trzeci raz kobieta z archiwum wybałuszyła na mnie oczy, bo znów nikt jej o niczym nie poinformował! A ja czułam się jak ostatnia kretynka. Nie dziwne więc, że wzięłam co dawali. Każdy by się wnerwił. Z resztą ubezpieczenie zdrowotne obejmowało nas tylko do końca listopada.
No i jak wiecie w normalne miejsce nie trafiłam. Dziś przed wyjściem wypełniłam ankietę na temat mojego zadowolenia z odbytego stażu, oczywiście zgodnie z prawdą, wspomniałam między innymi o tym, że w komputerze brakowało pakietu Office i nie miałam na czym pracować, a przez pierwszy miesiąc w ogóle nie istniała oferta, więc nie mogłam wyczerpująco odpowiadać na pytania klientek. Nie przesadzałam. O kilku rzeczach nawet nie napisałam, żeby to nie wyglądało jak skarga czy zemsta. Ot takie zwykłe stwierdzenie faktów, i że nie byłam zadowolona. Tyle.
A jutro wracam do szkoły...
o ludzie nic dziwnego że jesteś zdenerwowana... u nas księgowa "zapomniała" na początku miesiąca prowizji nam wypłacić za zlecenia...
OdpowiedzUsuńU nas księgowa "nie zauważyła" błędu w systemie i u większości z nas u lekarza wywaliło brak ubezpieczenia...
Usuńile lat ma Wasza księgowa? Bo nasza 72 lol;p
UsuńNie wiem ile ona ma, ale wiem, że firma jest w jednym mieście, a ona urzęduje w drugim końcu Polski! Podejrzewam, że nawet w firmie nie wiedzą jak wygląda, bo jej wszystko przesyłają faksem. W każdym razie zła była, że ktoś dał nam do niej numer i zwracaliśmy jej uwagę. Nie brzmiała jakoś staro kiedy z nią rozmawiałam... ;)
Usuńto może jeszcze kiedyś z niej będą ludzie;p z naszej już nie. Wszyscy planują jak się jej pozbyć z biura hahah:D
UsuńStarych drzew się nie przesadza... ;)
UsuńSwoją drogą, dobrze, że nie ma 27 lat, bo by Was wszystkich przeżyła ;)
Nie ma to jak dowiedzieć się, że środki na życie zostaną później wypłacone.. Nie zazdroszczę tej sytuacji.
OdpowiedzUsuńOni najwyraźniej dochodzą do wniosku, że lepiej późno niż wcale. W grudniu musiałam wziąć kredyt, żeby zapłacić za mieszkanie (a pieniądze powinny być wypłacone do 15 listopada). Mam do spłaty 500 zł więcej niż wzięłam...
UsuńCzyli standardzik. No nie poradzisz na biurokrację, brak kompetencji i ogólne olewactwo.
OdpowiedzUsuńZ tym obiegiem informacji to u mnie jest tak samo. A może nawet gorzej, bo jak pytasz kogoś to nic nie wie. Później szukasz u źródła, wracasz podzielić się z ziomkami a oni z ryjem, że poco byłem skoro oni to wiedzą.
Cóż, zaciśnij zęby i nie daj się zabić.
Żebym to ja sama kogoś nie zabiła...
Usuń