Dziś zapraszam Was na post na słodko ;-)
Paczka ze słodyczami przyszła do mnie w... niedzielę. W piątek kurier nie mógł się ze mną skontaktować, więc myślałam, że będę musiała czekać aż do poniedziałku, a tu szok. Jeszcze nigdy nie otrzymałam żadnej przesyłki w niedzielę. Ucieszyłam się jak dziecko ;-)
W moim zamówieniu miała znaleźć się wyłącznie lukrecja, ale ostatecznie dorzuciłam jeszcze dwa pudełka azjatyckich ciastek mochi. Od dawna chciałam ich spróbować. Co do lukrecji, moja pierwsza degustacja tego tajemniczego, czarnego smakołyku miała miejsce kilka lat temu i wypadła bardzo pozytywnie. Dostaliśmy bowiem w prezencie lukrecję w mlecznej czekoladzie w postaci kuleczek. Fakt, zajeżdża trochę lekami i rzeczywiście można ją polubić lub nie. Nam przypadła do gustu.
O drugie spotkanie z lukrecją postarałam się sama i zamówiłam sobie pudełko żelek na allegro. Szkoda tylko, że nie było tam napisane, że to słona lukrecja. Ma ona jeszcze bardziej specyficzny smak od samej lukrecji. Mi posmakowała, ale mój Mąż oznajmił, że jest to coś wręcz obrzydliwego. Dlatego na spróbowanie/przetestowanie, jeśli ktoś ma ochotę, polecam zaczynać od zwykłej lukrecji.
Równie tajemnicze co lukrecja, były dla mnie od zawsze ciasteczka mochi. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić jak smakują, chociaż przeczytałam z czego się je robi. Teraz spokojnie mogę powiedzieć, że są "kluskowate" i bardzo przypominają pyzy. Są jednak od nich delikatniejsze i, moim zdaniem, smaczniejsze. Z racji tego, że ciasto jest dość treściwe, nie da się ich zbyt dużo zjeść na raz. Z owocowych jadłam te o smaku marakui i były dla mnie nieco za słodkie, z kolei zielona herbata bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie jest mocno słodka i smakuje taką prawdziwą, zieloną herbatą jaką się parzy z liści.
Ciasteczka są poumieszczane oddzielnie w przegródkach i w papierkach. Całość jest zapakowana w folię oraz tekturowe pudełko. Na tylnej stronie znajduje się nalepka z informacjami w języku polskim.
Oczywiście jest też różnica pomiędzy zdjęciem, a ciastkami w rzeczywistości: zdecydowanie nie są one tak obficie napakowane nadzieniem jak jest to ukazane na opakowaniu. Mając jednak na uwadze to jakie niektóre z nich są słodkie - tym lepiej. Inaczej nie dałoby się ich zjeść. No i spodziewałam się czegoś większego. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że powinny być większe...
Krótko mówiąc: ciasteczka mochi polecam. Mają naprawdę aromatyczne nadzienia. W opakowaniu znajduje się 6 sztuk, a kosztują w granicach 14-15 zł. Zaś lukrecja - to już jest bardzo indywidualna sprawa - może posmakować lub nie.
W moim zamówieniu miała znaleźć się wyłącznie lukrecja, ale ostatecznie dorzuciłam jeszcze dwa pudełka azjatyckich ciastek mochi. Od dawna chciałam ich spróbować. Co do lukrecji, moja pierwsza degustacja tego tajemniczego, czarnego smakołyku miała miejsce kilka lat temu i wypadła bardzo pozytywnie. Dostaliśmy bowiem w prezencie lukrecję w mlecznej czekoladzie w postaci kuleczek. Fakt, zajeżdża trochę lekami i rzeczywiście można ją polubić lub nie. Nam przypadła do gustu.
O drugie spotkanie z lukrecją postarałam się sama i zamówiłam sobie pudełko żelek na allegro. Szkoda tylko, że nie było tam napisane, że to słona lukrecja. Ma ona jeszcze bardziej specyficzny smak od samej lukrecji. Mi posmakowała, ale mój Mąż oznajmił, że jest to coś wręcz obrzydliwego. Dlatego na spróbowanie/przetestowanie, jeśli ktoś ma ochotę, polecam zaczynać od zwykłej lukrecji.
Równie tajemnicze co lukrecja, były dla mnie od zawsze ciasteczka mochi. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić jak smakują, chociaż przeczytałam z czego się je robi. Teraz spokojnie mogę powiedzieć, że są "kluskowate" i bardzo przypominają pyzy. Są jednak od nich delikatniejsze i, moim zdaniem, smaczniejsze. Z racji tego, że ciasto jest dość treściwe, nie da się ich zbyt dużo zjeść na raz. Z owocowych jadłam te o smaku marakui i były dla mnie nieco za słodkie, z kolei zielona herbata bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie jest mocno słodka i smakuje taką prawdziwą, zieloną herbatą jaką się parzy z liści.
Ciasteczka są poumieszczane oddzielnie w przegródkach i w papierkach. Całość jest zapakowana w folię oraz tekturowe pudełko. Na tylnej stronie znajduje się nalepka z informacjami w języku polskim.
Oczywiście jest też różnica pomiędzy zdjęciem, a ciastkami w rzeczywistości: zdecydowanie nie są one tak obficie napakowane nadzieniem jak jest to ukazane na opakowaniu. Mając jednak na uwadze to jakie niektóre z nich są słodkie - tym lepiej. Inaczej nie dałoby się ich zjeść. No i spodziewałam się czegoś większego. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że powinny być większe...
Krótko mówiąc: ciasteczka mochi polecam. Mają naprawdę aromatyczne nadzienia. W opakowaniu znajduje się 6 sztuk, a kosztują w granicach 14-15 zł. Zaś lukrecja - to już jest bardzo indywidualna sprawa - może posmakować lub nie.





oj lukrecjowe produkty bleeee;p kupiłam kiedyś żelki Haribo lukrecjowe bo tak uroczo wyglądały. Zjadłam jednego żelka i się prawie porzygałam;p
OdpowiedzUsuńWśród połowy moich znajomych z pracy reakcje podobne. Druga połowa lubi to ;)
Usuńano każdy ma inny gust smakowy:)
Usuńkompletnie nie znam tych słodyczy...
OdpowiedzUsuńNie jadłam żadnego z tych smakołyków :)
OdpowiedzUsuńJa chyba tylko jeden raz dostałam paczkę w niedzielę, ale to było dawno ;)
co tam porabiasz w sobotę?:)
OdpowiedzUsuń